2009
Nadchodzący dłuższy weekend sprawił, że moja Marzenka wpadła na pomysł by spędzić czas w Kamienicy ( taka miejscowość w górach). Pojechaliśmy więc, zaczynając w sobotę rano kończąc w niedzielne popołudnie. Weekend można zaliczyć do udanych, w końcu jakieś oderwanie od rzeczywistości, ciągle tej samej. Miejscowość ta położona jest w dolinie, koło rzeczki. Nieopodal samego domu płynie strumyczek, który z kolei jest dopływem tej rzeki. Jak się już gasi światła, i czeka na przyjście Morfeusza to słychać przyjemy szum. Super się zasypia przy takim SZMERKU. Jest takie uczucie świeżości, i bliskości natury. O dziwo nie było komarów, które jak wróciliśmy od razu zaczęły mnie nękać ( jak dawniej). Pozytywnie zaskoczyła mnie ta miejscowość między innymi tym, że choć jest dość mała to ma malutki CZYSTY rynek, z ławeczkami, fontanną, wystrzyżonym trawniczkiem bez psich odchodów
Chodniki wyłożone kosteczką brukową. Pochwalić się można, nie to, co u mnie, gdzie chodnik robią w miejscu gdzie prawie nikt nie chodzi ( czytaj Pobiednik - chodnik po drugiej strony drogi od lotniska) a nie tam gdzie potrzeba ( czytaj Wawrzeńczyce - w miejscu gdzie Dzieci chodzą do szkoły). Nikt zdrowy umysłowo nie chodzi na nogach na stację benzynową ( nie mówię tu o przypadkach, gdy nagle zabraknie paliwa na trasie, albo co gorsza zabraknie flaszki w pobliskich domostwach). W Wawrzeńczycach zaś chodnik warto mieć, bo idący dzieciak z pięciokilowym tornistrem mógłby sobie nie poradzić z powiewem jadącej obok niego ciężarówki. Czasem jak się samemu idzie to rzuca ten powiew a co dopiero takiego brzdąca.
Niedzielny spacer, na którym udało nam się dotrzeć na dość spore wzniesienie ( Klenina) sprawił, że opaliłem się troszkę, a raczej to za dużo powiedziane, bo chwyciło moją bladą skórę tylko na czole i troszkę kark. Tam właśnie udało mi się zrobić kilka zdjęć. Oczywiście badziewnym aparatem to nie ma co się chwalić, poza tym żadne zdjęcie nie odda tego, co widzą oczy.
Generalnie rzecz biorąc odłączyłem się od Matrixa, nie korzystałem z komputera i wcale nie było mi z tym źle, spacer, wieczorny grill + dobre piwko a później we dwoje na balkonie, pod gwieździstym niebem sprawiły, że warto tyrać w pracy za kilka takich chwil.
Żeby tradycji stało się zadość to trafiła mi się robota. Gospodarze domu, w którym nocowaliśmy chcieli zmienić komputer, i ja mam właśnie takiego kompa złożyć i im podrzucić. Hehe, kto by pomyślał, ż będę sprzedawał kompy na 100km od siedziby firmy. W związku z gościnom, i pokrewieństwem Marzenki i gospodarzy przydałoby się zrobić jakiś ekstra rabacik na te podzespoły... To będzie mega rabat....





